Krzysztof Iwaneczko debiutuje. „Jestem” to po prostu szczera płyta

 

No i jest. Choć od wygranej w szóstej edycji „The Voice of Poland” minęły już trzy lata dopiero teraz jej zwycięzca przedstawia swój wymarzony krążek.  „Jestem” dalekie jest jednak od popowego charakteru show i pokazuje, jak długą i pewnie niełatwą drogę przeszedł Krzysztof Iwaneczko, żeby znaleźć swoją płytę na sklepowej półce. Niech  świadczy o tym fakt, że została wydana przez wytwórnię Id Music, którą założył sam.

 

 

Dostaliśmy album pełen szacunku do muzyki, słowa i słuchaczy. Nie ma w tych 11 piosenkach ani jednego pudła, wypełniacza, czegoś obok. Każda piosenka brzmi tak jakby była wypieszczona i przemyślana od pierwszego do ostatniego dźwięku. To połączenie fascynacji wokalisty od snujących się nastrojowych soulowych ballad po pełne energii taneczne funkujące piosenki, choć tych drugich nie uświadczymy tu za wiele.

 

 

Ostatnio rzadko bywa tak, że single są w stanie oddać nastrój całego albumu, ale w przypadku tego albumu zarówno „Tonę” jak i „Pozwól” pokazują już słuchaczom, czego mogą się spodziewać po całości albumu.  Jest bardzo nastrojowo i prawdziwie. Zachwyca piosenka „Jestem kimś”. Przejmująca, ważna, snująca się, zaskakująco rozwijająca się.  Może podobać się również „To nie sen” nagrana z gościnnym udziałem Atom String Quartet, tak po prostu ładnej piosenki o miłości nie było w Polsce od dawna.  Do moich ulubionych należy też „Wherever u go”, choć zwykle unikam piosenek polskich artystów śpiewanych po angielsku, to w przypadku Krzyśka brzmią one w punkt.

 

 

Na „Jestem” nie ma radiowych hitów, nie ma też momentami nieznośnej maniery, jaką prezentował w „The Voice”, czy choćby w piosence „Daj nam chwilę” z filmu „Narzeczony na niby”. Jest prawda, muzyka, przekaz. Co ważne zdecydowana większość to zarówno słowa jak i kompozycje artysty. To tak niedzisiejsza  płyta, bo gdzie u pozornie popowego artysty z hitowego programu znajdziemy na albumie żywe instrumenty: skrzypce, wiolonczelę, świadomie wykorzystane fortepian? Nie mała w tym pewnie zasługa producenta Michała Kusha, twórcy sukcesu Darii Zawiałow. Słychać tu zarówno wycieczki w stronę delikatnej elektroniki i syntezatorów, ale tylko po to by, zaznaczyć efekt, a nie wyjść na pierwszy plan.

 

Na pewno piosenki jeszcze lepiej zabrzmią na koncertach. Warto więc ich wypatrywać. Nie ma przecież lepszej przyjemności niż usłyszeć dobry album na żywo, w nieoszukanej formie.

Rozpływając się w dobrych słowach i po prostu szczerych dźwiękach warto odnotować fakt, że wersja fizyczna płyty nie zawiera książeczki. Szkoda, bo w czasach streamingów wydania płytowe powinny być dodatkową gratką dla fanów, którzy chcą postawić płytę na półce, a nie katalogować ją w przepastnych komputerowych folderach.