Justyna Steczkowska jako Maria Magdalena w przestrzennej wędrówce po dźwiękach (recenzja)

To nie jest płyta radiowa, to nie jest płyta z przebojami i wreszcie to nie jest płyta dla wszystkich. „Maria Magdalena. All is one” to płyta dla fanów Justyny Steczkowskiej, takich którzy są z nią od debiutu, eurowizyjnej „Samej” czy opolskiej „Mojej intymności”. Nie bez znaczenia piszę, że album dla fanów, bo dla nich zarówno muzyka jak i cała otoczka towarzysząca wydawnictwu nie będą niespodzianką.

Justyna Steczkowska nie raz w swojej dyskografii robiła już takie elektroniczne wyprawy, a jej ostatnie kompozycje zmierzały właśnie w takim przestrzennym, muzycznym kierunku. Przedsmak mieliśmy już przecież kilkanaście(!) lat temu na części „Noc” płyty „Dzień i noc”. Później powracały echa takiego rozumienia muzyki zarówno na płycie „Mów do mnie jeszcze”, czy też wydanej tylko dla fanów „Love”. Później były też kompozycyjne eksperymenty dla „XV” i wreszcie symfonicznie brzmiąca „Anima”.

W międzyczasie, bo w 2013 roku, Justyna pojawiła się z alternatywnym projektem pod nazwą Maria Magdalena. Można było zarówno ściągnąć bezpłatnie cały album, wziąć udział w kilku koncertach jak i też zakupić fizyczną płytę, która dziś jest prawdziwym fanowskim białym krukiem. „Maria Magdalena” z 2015 roku i „Maria Magdalena. All is one” z 2019 roku to ten sam materiał. Z tą różnicą, że wydany w zupełnie  innej oprawie graficznej, po niewielkim produkcyjnym makijażu wzbogacony o dwie kompozycje. Dużym ułatwieniem jest również to, że tym razem zdecydowano się na rozdzielenie poszczególnych piosenek, bo na pierwszym albumie stanowiły one jeden powiązany set.

Kompozycje Justyny i Rene Kosika bronią się właśnie swoją przestrzennością, światłem i powietrzem, które z nich wyziera. Trudno tu wskazać którąś konkretną, bo „Marię Magdalenę” traktuję jako całość bez wyróżniania. To album, na którym słowa, mimo że wyśpiewywane, są jedynie dopełnieniem muzyki i mimo wszystko nie skupiają mojej uwagi na przekazie. Inną kwestią pozostaje specyficzny anielski akcent Justyny Steczkowskiej, który może zarówno drażnić jak i się podobać.  Wspominany już efekt może nie sprawdzić się jednak w singlowym „Ave (No Control)”, który wyprodukował Daniel Heath, znany ze współpracy z Laną Del Ray i siłą rzeczy posiada radiowy potencjał i nieco różni się od całości.

To dobra płyta. Pokazująca, że Justyna Steczkowska nie musi robić komercyjnych produkcji, by funkcjonować na rynku. Pewnie taką satysfakcję dają jej koncerty z muzyką filmową, podczas których nie stroni od popularnego repertuaru. Tu jest coś innego, trudniejszego. I jeszcze jedno. Album doskonale sprawdza się w letnie wieczory jako tło do leniwego odpoczywania od słońca. Wypróbujcie, bo to po prostu działa.